Ziemie Odzyskane

 

Mój mąż wychował się na Pomorzu Zachodnim. Jego ojciec, zdecydowanie starszy człowiek, wyemigrował na tamte tereny… z Małopolski. Urodzony w Krakowie, wychowany na podkrakowskiej wsi, tuż po najciemniejszych latach stalinizmu znalazł się splotem okoliczności w Szczecinie, skąd po krótkim czasie przeniósł się do miasteczka X. Tam założył rodzinę dając początek zachodniopomorskiej linii rodu, i tam też mieszka do dnia dzisiejszego. Mąż mój, urodzony w połowie lat siedemdziesiątych, jest najmłodszym z trzech braci.

X. liczy obecnie około 4500 mieszkańców i posiada prawa miejskie niewiele nowsze od krakowskich (koniec XIII wieku). Podobnie jak niegdyś Kraków, X. było lokowane na prawie niemieckim, z tą różnicą, że wspomniani Niemcy zamieszkiwali je przez stulecia. Ze współczesnego punktu widzenia, X. leży tam, gdzie na ogólnopolskiej mapie pogody widnieje wielka dziura: pośrodku pustej, zdawałoby się, przestrzeni otoczonej przez Szczecin, Koszalin, Bydgoszcz i Gorzów Wielkopolski, jednym słowem na obszarze, którego istnienie przeciętny Krakus ledwie przyjmuje do wiadomości.

- Szczecin? Prawie Niemcy, klimat morski, latem zimno, zimą ciepło, po co tam jechać?

- Aaa, 100 km od Szczecina, to bliżej do Poznania, tak?

Przyznać muszę ze wstydem, iż pierwszy pogląd wyznawałam przez dwadzieścia kilka lat, z małym wyjątkiem na spędzenie kilku wakacji na pojezierzach nieopodal Koszalina (wspominam je bardzo dobrze), ale na szczęście nie odważałam się wypowiadać go na głos. Drugie stwierdzenie nieopatrznie ujrzało, za przyczyną moich ust, światło dzienne. Z jakimże zdziwieniem dowiedziałam się, iż z X. do Poznania jest dalej niż z Krakowa do Warszawy…

Przez ostatnie kilka lat miałam jednak okazję ukrócić nieco własną ignorancję i poznać tamte tereny trochę bliżej. Wiem już, że X. należy do tzw. Ziem Odzyskanych (Pozyskanych?), które przez stulecia były zamieszkiwane przez Niemców. Po II wojnie światowej Niemców wysiedlono, a ich miejsce zajęli Polacy, w większości także wysiedleni, z terenów obecnej Litwy, Białorusi i Ukrainy. Jak w filmie ”Sami swoi” (którego, wstyd powiedzieć, też wcześniej nie znałam), tuż po wojnie ludzie jechali pociągami z całym swoim dobytkiem i wysiadali tam, gdzie akurat im się spodobało. Taki był los m.in. rodziny mamy mojego męża, urodzonej nota bene na tych samych terenach, co moja babka od strony ojca. Tam też podziali się w sporej liczbie legendarni (dla mnie) Łemkowie, którzy niegdyś zamieszkiwali znany mi Beskid Niski, a których tylko niedobitki pozostały do dziś na tamtych terenach.

Tak więc, wśród Polaków z Kresów Wschodnich, Łemków oraz obieżyświatów w stylu mojego teścia, na terenach opuszczonych przez Niemców, Polska Rzeczpospolita Ludowa wybudowała PGRy. To były czasy! Całe rodziny miewały dostatnie życie, bo tu kucharz w PGRze dostawał przydziałowe dobra pracownicze, tam piekarz zaopatrywał swoich bliskich w chleby i bułki, ówdzie znajomy rzeźnik przekazywał wędliny. Rodziny miały więc pieczywo (pamiętacie ten chleb z naszego dzieciństwa, ciężki, pszenno-żytni, z chrupiącą skórką?), wędliny oraz gotowe obiady, a zatrudnienie wzrastającemu młodemu pokoleniu zapewniał nie tylko PGR, ale i prężnie wówczas działający POM. Dwupiętrowe bloki pięły się ku górze – cóż z tego, że od początku pozbawione centralnego ogrzewania? Za to w każdym pomieszczeniu był kaflowy piec (sic! – te budynki były wznoszone z końcem lat siedemdziesiątych!), a wielkość przydzielanego mieszkania była proporcjonalna do liczby synów: dwóch synów – dwa pokoje, trzech synów – trzy pokoje.

Rok 1989 zdawał się przynosić kolejne zmiany na lepsze – granicę otwarto i rzesze ludzi zaczęły handlować z zachodnim sąsiadem, co przynosiło im dalsze dochody, a zatem i dalszy dobrobyt ich rodzinom. Nie zapomnę dyskusji, jaka się wywiązała miedzy moim mężem a pewnym naszym znajomym (poznanym już za granicą), także wychowanym na Ziemiach Zachodnich, na temat tego, ile margaryn lub ”sztang” z papierosami dało się niepostrzeżenie umieścić we wnętrzu ”malucha”. Dlatego też, gdy z początkiem lat dziewięćdziesiątych mój obecny małżonek rozpoczynał karierę zawodową jako przyszły mechanik, praktykując jako uczeń w prężnie wówczas działającym POMie, przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Jakże niesłusznie…

W połowie lat dziewięćdziesiątych koniunktura się załamała. Kolejno zamykano PGRy i POMy, handel z zachodnim sąsiadem stopniowo zanikał, a ludzie lądowali bez pracy i bez perspektyw na przyszłość. Stopniowo, z biegiem lat, stały się widoczne problemy związane z stagnacją i bezrobociem: bieda, przestępczość i nałogi.

Tylko ten, nieco przydługi, rys historyczny pozwala zrozumieć współczesną sytuację miejsc takich jak miasteczko X. Tam czas niejako się zatrzymał i płynie swoim własnym, nieco absurdalnym biegiem. W dwupiętrowych blokach nadal nie ma centralnego ogrzewania. Ludzie palą w piecach węglem, drewnem z podkładów kolejowych lub starymi kaloszami, stąd zapach miasteczka zimą jest nie do zniesienia, a brud wkrada się wszędzie. Między blokami, tu i ówdzie, śliczne niegdyś poniemieckie kamieniczki zapadają się z powodu butwiejących stropów. Nieliczne bywają wykupywane przez lokalną mafię – wtedy są remontowane i robione na ”bombonierki”, a ich nowi mieszkańcy z pogardą spoglądają na pozostałych. Zakupy robi się Biedronce, bo najtaniej, ewentualnie w licznych jeszcze, choć stopniowo zamykanych, prywatnych sklepikach spożywczych, bo najbliżej. Ale kwestia architektury dworcowej nikogo tu nie wzrusza. W X. były kiedyś dwie stacje kolejowe. Ostatni pociąg odjechał stąd co najmniej kilkanaście lat temu. Teraz rozszabrowane budynki kolei stoją, bo jeszcze się nie rozpadły. Tory i inne metalowe elementy zasiliły budżety lokalnych zbieraczy złomu.

Komunikacja publiczna de facto nie działa. Wyłożony betonową kostką przystanek autobusowy straszy dziurami w nawierzchni, a autobus przyjeżdża tam (lub nie) średnio dwa razy dziennie. Dlatego też, niezależnie od biedy, posiadanie własnego samochodu jest tu koniecznością. Może też być źródłem dochodów: ubogi posiadacz jakiegoś gruchota za drobną opłatą podwozi jeszcze uboższych pasażerów do pobliskich wiosek. Pasażerowie mają zwykle czas, na podwiezienie nieraz czekają cały dzień, czasem dłużej. Mogą sobie na to pozwolić – przecież i tak przeważnie nie mają pracy. Powiat, do którego należy miasteczko X., jest na jednym z czołowych miejsc ogólnopolskiego rankingu bezrobocia.

Nieliczni szczęśliwcy pracują od rana do nocy w pobliskim zakładzie tartacznym należącym do szwedzkiego koncernu. W większości zapewne nigdy nie widzieli swoich wyrobów w sklepie, bo najbliższy sklep tej sieci znajduje się w Berlinie, a nieco dalszy w Poznaniu. Ale niby po co, a przede wszystkim za co mieliby tam jeździć? Pozostałe źródła zatrudnienia to lokalne urzędy i policja, ewentualnie sklepy oraz prace dorywcze – spawanie, mycie samochodów (tak, koło X. jest dobrze prosperująca myjnia!), handel używanymi pojazdami. Jest też kilku zamożniejszych rolników, restauracja i ze dwa zakłady fryzjerskie. Fryzjer męski nie myje włosów, bo nie ma warunków, jedynie strzyże – opał jest drogi, szkoda ciepłej wody na klientów. Wśród tych, którzy zostali w X. coraz bardziej przeważają ludzie starsi. Ich dzieci i wnuki rozjechały się po świecie. Przyjeżdżają kilka razy do roku, by odwiedzić rodzinę i znajomych, kupić polskie specjały i naprawić samochód – na angielskich, holenderskich czy skandynawskich tablicach.

Poza tym jest też ciemniejsza strona miasta. Stosunkowo ”porządni” handlarze narkotyków (o, curiosum! – niejednokrotnie bracia policjantów, strażników miejskich czy urzędników państwowych) oraz ”elita” – złodzieje. Ci ostatni patrzą z pogardą na całą resztę. Nie muszą nigdzie emigrować, bo mają złote życie w swoim miasteczku. W niektórych kręgach cieszą się słabo skrywanym poważaniem. Policja ich nie nachodzi, bo nie chce kłopotów – wszak na kradzieżach powstają całe fortuny, więc wynajęcie adwokata nie jest dla złodziei najmniejszym problemem. Wiedza o nich, o ich życiu i zwyczajach, rozchodzi się po miasteczku szeptem. Każdy coś słyszał, ale nikt dokładnie niczego nie wie, a może i nie chce wiedzieć, łącznie z policją. Policja zamiast tego wykonuje czynności pozorne. Kontroluje kierowców, albo nie. Ściga meneli pijących i ćpających na ławkach, albo nie. Tak, ten element losowości jest wszechobecny w tamtejszej egzystencji. Czasem lokalna policja podejmuje działania poważne, np. każe wyburzyć murek, który wystaje z prywatnej posesji na teren gminny, o 15 cm. Co z tego, że gminna droga wkracza na teren tegoż właściciela o 1,5 m zabierając mu tym sposobem zdecydowanie większą powierzchnię? Ugody nie będzie, murek burzyć trzeba, bo tako rzecze władza.

Absurd i korupcja sięga w tym rejonie niebotycznych rozmiarów, a nieznający prawa mieszkańcy traktują to jak pogodę: nie ma rady. Z władzą lepiej nie zadzierać, zwłaszcza że wiele osób ma coś na sumieniu: mandat za przekroczenie prędkości, nielegalną przybudówkę w domu, nieopodatkowanego kundla… Pomysł, że policja czy szeroko pojęty wymiar sprawiedliwości mógłby tu komuś w czymś pomóc jest dla większości mieszkańców dobrym żartem, prawdopodobnie z przedstawicielami owegoż wymiaru włącznie. Na szczęście, jak wszędzie, zdarzają się chlubne wyjątki, ale niestety nie rzucają się nadmiernie w oczy, być może dla własnego spokoju i bezpieczeństwa.

W mieście powiatowym, oddalonym od X. o jakieś 30 km, znajduje się sąd. Jest też prokuratura i siedziba komornika – arcyintratna posada w tamtym rejonie. Ta mało lubiana przez mieszkańców X. miejscowość powiatowa ma ambicje do bycia metropolią. Powiat utworzono w wyniku intensywnych starań, z części terenów, które wcześniej podlegały pod dwa inne powiaty. Mieszkańcy X. tęsknie wspominają przynależność do większego i mniej skorumpowanego powiatu, ale podobnie jak na wiele innych spraw, nie mają na to najmniejszego wpływu, a w każdym razie tak zdają się uważać. Na pewno mają większe zmartwienia niż przynależność powiatowa, np. załatwienie opału na zimę. Na szczęście, samozwańcze miasto powiatowe też nie traci energii na sprawy tego niewarte. Stawia sklepy, nie tylko Biedronkę, ale też Tesco czy Lidla, nie marnując czasu np. na przemianowywanie ulic. I tak, w centrum tego miasta można znaleźć istny skarb, żywą skamielinę: ulicę Obrońców Stalingradu.

Cały ten nieco dziwaczny świat ma jednak dla przybysza z zewnątrz pewien nieodparty urok. Leniwie toczące się rozmowy sąsiadów przed klatką, bacznie rozglądających się za policją – zanim nadjedzie muszą ukryć za drzwiami lub w pobliskim koszu na śmieci dowód swojego przestępstwa, istne corpus delicti w postaci puszki z piwem. Możliwość odwiedzenia koleżanki pracującej w sklepie spożywczym, poplotkowania i kupienia pysznych cukierków. Wyprawa do parku z przepięknym starodrzewem – nigdzie indziej nie widziałam takiego nagromadzenia pomników przyrody. Wreszcie jedna z najlepszych tutejszych rozrywek: wieczorna przejażdżka samochodem po mieście, żeby obejrzeć co gdzie się dzieje.

A wkoło, poza miastem, rosną przepiękne, stare dąbrowy i buczyny. Ogromne połacie lasów ciągną się i ciągną, jak zaczarowana kraina. Zwykła, nieraz dziurawa, szosa wśród tych drzew staje się jak droga królewska. Zielony tunel z koron drzew wisi tuż nad głową, zamieszkiwany przez liczne ptaki – trzy bociany leniwie siedzące na jednym drzewie to tutaj żadna rewelacja. Od czasu do czasu, wśród liściastych lasów, pojawiają się fragmenty sosnowe, a między morenami tu i ówdzie błyszczą jeziora. Na otwartych terenach rolniczych wiją się drogi wysadzane drzewami. Wiosną żółty rzepak i zielona trawa rozsadzają krajobraz, latem obok zbóż rosną maki i chabry, jesienią wszystko usypia spowite oparem mgły. Niejeden mieszczuch dałby się pokroić za wakacje w takim miejscu. Ale ludzie tutaj tego nie rozumieją. Agroturystyka? Pensjonat to można mieć w górach albo nad morzem. A u nas co? Tylko lasy jakieś…

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/6 (0 votes cast)
139 wyświetleń